U nas +30, a za oknem piździ w pyte...

16 grudnia, tak to powinno wyglądać, na długo przed koncertem wyobrażałem sobie, że ten wers idealnie będzie go opisywał. Zima zawiodła i cały czas nas zawodzi (święta bez śniegu, WTF?!), a czy Lavoholicy i Ortega Cartel utrzymali temperaturę?


Cofnijmy się do momentu, gdy pojawiły się pierwsze informacje o koncercie. W grupie moich znajomych jest ekipa Lavoholików, więc z zebraniem ludzi na wyjazd nie było problemu. Zajawka na koncert była duża, a Nie Ma Emocji, Nie Ma Rapu jeszcze bardziej ją podkręciło.


Rozmawialiśmy o koncercie, ale nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, bo przecież "Cartel nie zespół, to jest produkt do testów". Pozostało nam więc poczekać do koncertu z ciekawością jak to będzie wyglądało.

Przenieśmy się już do dnia koncertu. Ludzie narzekają, że stali strasznie długo w kolejce, a niektórym wcale nie udało się wejść. My pod klubem byliśmy po 22. i w środku byliśmy w max. 10 minut (bez żadnych znajomości ;) ). Po oddaniu kurtek i zakupieniu browarów udaliśmy się na salę. Znaleźliśmy odpowiednie miejsce i zaczęliśmy zastanawiać się jakim kawałkiem rozpoczną koncert. Na rozpoczęcie koncertu trzeba było jeszcze chwilę poczekać, ale to normalne. Poza tym spora część ludzi czekała jeszcze pod klubem. Mimo to jakaś banda idiotów zaczęła krzyczeć "Kurwa mać, ile można stać?!" jakby czekali na otwarcie Media Marktu. Chwilę później koncert rozpoczął się.

Pierwszym kawałkiem był Kickflip, co uznaliśmy za idealne rozpoczęcie koncertu. Dalej koncert mijał w dobrym tempie, kawałki Ortegi przeplatane były kawałkami Lavoholików i wszyscy byli przygotowani, nikt nie zawiódł. Wielki szacunek należy oddać również Frankowi Nino, który na żywo brzmiał jeszcze lepiej. Pozytywną opcją było gdy patr00 stanął za MPC i razem z Jesse Maxwellem (któremu również należą się duże propsy za występ) zagrali jako The Jonesz. Wszyscy wykonawcy dawali z siebie wszystko na scenie, dużo zajawki i radości. Publiczność również dawała z siebie wszystko śpiewając kawałki razem z wykonawcami.


Na koniec chłopaki zostawili to co najlepsze, czyli utwór To Historia. Cały klub oszalał i każdy wers (dosłownie!) publiczność rapowała razem Piterem i patr00. Po tym cała ekipa podziękowała i zeszli ze sceny. Wtedy pomyślałem, że było fajnie, ale chyba jednak za mało, czegoś brakowało, spodziewałem się więcej. Nie tylko ja tak pomyślałem, bo cała publiczność krzyczała na bis.

Zza kulis usłyszeliśmy głos Proceente mówiący "Zaraz będzie rozpierdol!". No i się zaczęło. Takiej opcji nie braliśmy pod uwagę nawet w naszych przypuszczeniach co do koncertu. Zapaliły się światła i w tle pojawił się liveband Mimi Manú. Wszyscy wrócili na scenę i wtedy koncert rozpoczął się naprawdę. Można powiedzieć, że wcześniejszym godzinnym występem chłopaki zagrali support sami przed sobą. Kawałki nabrały nowej świeżości w aranżacji zespołu, wraz z wokalistką. Energia jaką wykonawcy dostali od publiczności na pewno utwierdziła ich w przekonaniu, że warto było. Patr00 stwierdził, że nie mogli sobie wyobrazić lepszego przyjęcia w Polsce. My nie mogliśmy sobie wyobrazić lepszego koncertu. Było dużo bardziej gorąco niż +30. Dziękujemy!

P.S.
Dobrze, że pojawi się zapis tego koncertu, bo fajnie będzie mieć taką pamiątkę.


I co ty na to? (0)


Remember The Name: LaTonya Givens


Pierwsze pytanie, które nasuwa się po obejrzeniu tego wideo to kim jest ta kobieta obdarzona głosem tak silnym, że przez całe ciało przechodzą ciarki, ale też głosem tak delikatnym, że mogłaby śpiewać do snu i odprowadzać do bajecznej krainy marzeń. Kim jest ta kobieta?! Sam nie znałem odpowiedzi na to pytanie, gdy obejrzałem ten filmik wstawiony przez Jay Electronica na YouTube, ale poszukałem. Jay nie jest pierwszym raperem, z którym współpracuje LaTonya, jednak wcześniej stała ona z tyłu i nie mówiło się o niej głośno, a warto wspomnieć, że dograła tylne wokale do kawałków Snoop Dogga (Whateva U Do z płyty Ego Trippin') i Mursa (Think You Know Me z płyty Murs For President). Zaśpiewała również refren na płycie Rick Rossa (a.k.a. Officer Ricky :) i pisała śpiewane refreny m.in. na płytę Xzibita. Warto zapamiętać jej nazwisko, bo na pewno jeszcze nie jeden kawałek okrasi swoim cudownym głosem, a jak widać na załączonym wideo Jay Electronica przygotował dla niej rolę pierwszoplanową.

I co ty na to? (0)


Zapiski...

...ale nie Typa, również nie te, które Leszek pisał przez 1001 nocy. Mowa będzie o tych spisanych przez Duże Pe na terytorium wroga. Przemyślany, brzmiący bardzo spójnie, wydany minimalistycznie, ale stylowo album połowy nieistniejącego już duetu Cisza & Spokój, który jest zwieńczeniem drogi dotychczas przebytej przez Pe, co słychać od pierwszej do ostatniej sekundy płyty. Zapiski z Życia na Terytorium Wroga ostatnio bardzo często goszczą w moich głośnikach, postanowiłem więc napisać o nich coś więcej.


W tekstach przejawia się optymizm Duże Pe przeplatany gdzieniegdzie zwątpieniem i brakiem wiary w świat, ludzi i marzenia. Technicznie nie wznosi się on jakoś wybitnie na wyżyny, czasem brzmi nawet banalnie, jednak jest w tych tekstach coś takiego, że nie zwraca się na to uwagi  i słucha się tego z przyjemnością. Irytować mogą jedynie wulgaryzmy używane przez Pe często bezsensownie, choć i do tego można się przyzwyczaić. Te drobne wady to jedyne potknięcia na tej płycie, jeśli chodzi o resztę jest coraz lepiej. 

Jak już wcześniej wspomniałem płyta brzmi bardzo spójnie i ten sam klimat utrzymuje się przez wszystkie 10 utworów, jednak wcale nie nudzi się z kolejnymi odsłuchaniami i można go słuchać od początku do końca bez znudzenia. Na spójność z pewnością wpłynęło ograniczenie liczby osób pracujących nad płytą. Wszystkie bity dostarczył Kixnare (który odwalił kawał dobrej roboty), swoje ślady chociażby na gitarze i rhodesach dograł multiinstrumentalista Mista Pita (w jego studiu nagrywane były wszystkie wokale, był realizatorem, zajął się również mixem i masteringiem), który wspomaga Pe również w refrenach i jest to kolejna osoba, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Popisami na gramofonach okrasił płytę DJ Ike + w jednym utworze na trąbce gra Kamil Szuszkiewicz i tutaj lista osób, która wpłynęła na brzmienie płyty się zamyka. W klimat płyty wpasowuje się również wydanie, niby zwykły digipack, ale wygląda to całkiem fajnie, a odpowiedzialni są za to Boomer z Drop Of Design i Dominik Śmiałowski - autor zdjęć.

Solidny album, wart sprawdzenia i myślę, że powyższy tekst jest wystarczającą rekomendacją do tego. Nie zamierzam wystawiać oceny itp., chciałem tylko podzielić się z wami moimi odczuciami nt. tego albumu i szczerze go wam polecić. Mam nadzieję, że osiągnąłem swój cel. 

I co ty na to? (0)


Bob Marley


Jakby ciągle był wśród nas, a zdjęcie było robione wczoraj...

I co ty na to? (0)


[starsze] |